wtorek, 8 listopada 2016

Wizyty 4 i 5 - walki z trójką ciąg dalszy

Natłok obowiązków niestety sprawił, że mocno opuściłam się w pisaniu. Sprawa trójki i problemów, które mi nastręcza nie może jednak zostać nieodnotowana.

Na trzeciej wizycie, jak już pisałam, pomiędzy dolnymi dwójkami i czwórkami zostały zamontowane sprężynki, żeby zrobić miejsce dla trójek. Po lewej stronie miejsce już jest i trójka jest gotowa na zamek. Po prawej niestety jest gorzej:


Posługuję się na razie starym zdjęciem, bo niestety nie robiłam wtedy nic nowego. Sprężynki zadziałały o tyle, że zrobiło się miejsce między trójką i czwórką, ale trójka pozostała przyklejona do dwójki i nie ma jak na nią nakleić zamka.

Wizyta czwarta. Udało się jeszcze przed porodem. Na wizycie rozpoczął się proces zamykania luk (opiszę w kolejnym poście). Do obrócenia trójki orto zainstalowała mi mniej więcej taką konstrukcję (dlaczego nie mam zdjęcia, to wytłumaczę się za chwilę):


Na czerwono zaznaczyłam zamek na czwórce i taki drobniejszy metalowy guziczek na trójce. Połączone były gumkami. Patrząc na to można dość do wniosku, że miało to nawet szansę zadziałać.

Niestety w kilka godzin po powrocie do domu guziczek z trójki się odkleił... Konkretnie zaklęłam i zapakowałam się z moim wielkim brzucholem w tramwaj, żeby po raz kolejny tego dnia odwiedzić orto. Ta stwierdziła, że w takim razie nie będzie mnie już męczyć przed porodem i zdjęła resztki konstrukcji. Do trójki miałyśmy wrócić po porodzie.

Wizyta piąta. Tak jak miałam obiecane, znów walka z trójką. Tym razem konstrukcja wyglądała mniej więcej tak:


Dwa normalne zamki połączone gumką. Trochę miałam wątpliwości, czy takie coś zadziała, ale miałam nadzieję, że orto wie, co robi.

Tym razem całość wytrzymała trochę dłużej. Trójka i czwórka oczywiście dość konkretnie bolały po dołożeniu nowych sił, ale to było do przewidzenia. Trójka przesunęła się trochę w stronę czwórki, wydawało mi się jednak, że nadal dużo za mało niż trzeba. A jakieś dwa tygodnie po wizycie, z trójki znów odpadł zamek! Chyba nie muszę opisywać poziomu mojej irytacji wtedy... Nie pozostało mi nic innego, jak zorganizować sobie kolejną awaryjną wizytę.

Moja ortodontka nie miała czasu mnie skonsultować i trafiłam do innej. Ta jedyne, co mogła zrobić, to odtworzyć konstrukcję (która, moim zdaniem, nie działa za dobrze) i zalecić mi oczekiwanie do planowej wizyty aktywacyjnej u mojej orto.

Dzisiaj wygląda to tak:


  

Na następnej wizycie mają być naklejane zamki na te trójki, ale nie wiem, czy to się uda. Póki co, ciągłe zmiany przykładanych sił powodują bardzo uciążliwy ból tych dwóch zębów, a ja jestem mocno zirytowana częstym bieganiem z awariami.

wtorek, 11 października 2016

Druty i brzuchol czyli podsumowanie noszenia aparatu w ciąży

27 września przyszła na świat moja córeczka:) W międzyczasie miałam jeszcze jedną wizytę u ortodonty, ale poświęcę jej osobny post. Dzisiaj, po jako takim dojściu do siebie i opanowaniu sytuacji w domu postanowiłam zrobić wpis, który podsumuje moje aparatowe doświadczenia w ciąży.

1. Jedzenie. Chyba mój ulubiony temat:) Tym razem postaram się, żeby było zwięźle. Podczas pierwszych tygodni z aparatem lista rzeczy, które można jeść jest dość mocno ograniczona. Podobnie jest w pierwszych tygodniach ciąży, jeśli przyszłą mamę męczą mdłości (a mnie męczyły, bo jak by inaczej). Zakładanie aparatu u mnie przesunęło się przez jakieś problemy z dostawą - wielkim szczęściem w tym nieszczęściu było to, że te dwa okresy u mnie się nie zazębiły. Aparat miałam zakładany, jak najgorsze mdłości były już za mną. I powiem szczerze, że nie wyobrażam sobie, co by się działo, gdybym miała go trochę wcześniej. Ale i bez mdłości jedzenie było dla mnie najbardziej frustrującym aspektem bycia aparatką w ciąży.

2. Dziąsła - szybkość działania aparatu. Szukając aparat+ciąża można natrafić na informację, że dziąsła w ciąży są rozpulchnione i zęby mają szansę prostować się szybciej. Jak było u mnie? Oczywiście nie mam i nie będę mieć porównania, jak wyglądałyby postępy bez ciąży, ale nie wydaje mi się, by różnice były spektakularne. Moja orto nigdy nie sugerowała, by zmiany były szybsze niż spodziewane. Taki widocznie mój urok - nie wykluczam, że u kogoś innego ciążowe hormony mogą mieć większy wpływ na zęby.

3. Dziąsła - krwawienie. W tym aspekcie efekty ciąży były widoczne w całej krasie (a to farciara ze mnie;). Tak, jak już kiedyś pisałam, był czas, że moje dziąsła potrafiły krwawić same z siebie w różnych okolicznościach. Orto zrzucała całą winę na ciążę, ale ja wiem, że aparat i konieczność częstego i dokładnego czyszczenia zębów nie poprawiały sytuacji. Do dzisiaj mnie wzdryga, jak przypomnę sobie moją pierwszą wizytę aktywacyjną - tak wymęczonych dziąseł nie miałam chyba nigdy w życiu.

4. Wizyty u ortodonty. Obawiałam się, że wizyty u ortodonty będą obowiązkiem, na który, wraz z rosnącym brzuchem, będę mieć coraz mniej czasu i siły. Całe szczęście wizyty nie były zbyt częste, a ja w ciąży czułam się na tyle dobrze, by non stop gdzieś śmigać (poza końcówką), więc dotarcie do gabinetu ortodonty raz na parę tygodni nie było żadnym problemem.

5. Czas okołoporodowy. Pisałam już, że przed porodem trochę spuchłam i aparat niespodziewanie pokiereszował mi język i podniebienie. W okolicach terminu dodatkowo zaczęły boleć mnie wszystkie zęby. Taki stan utrzymywał się jeszcze przez parę dni po urodzinach małej. Podczas rekonwalescencji po cesarce to wszystko byłoby tylko drobną niedogodnością, gdyby nie jedna rzecz. W szpitalu, w którym rodziłam, jakieś mądre głowy wymyśliły, że jedynym jedzeniem dozwolonym na drugi dzień po cięciu są... sucharki:) Nie bardzo były warunki, siła i czas, by bawić się w jakieś rozmaczanie ich, a ja byłam bardzo głodna, więc pierwsze "posiłki" po cesarce były dość uciążliwe. Jakby pocięty brzuch sam w sobie nie był wystarczającą atrakcją bólową;P Całe szczęście ból zębów i opuchlizna dziąseł minęły po kilku dobach. Dodam w tym punkcie jeszcze, że w pierwszych dniach po cesarce trudno mi było zadbać o odpowiednią higienę jamy ustnej (ból, warunki w szpitalu), ale mam nadzieję, że nie spowodowało to żadnych problemów z moimi zębami.

Podsumowując - czy ciąża to dobry moment na zabawę z aparatem? Różnie bywało, ale z perspektywy czasu powiem, że zdecydowanie tak. Z zastrzeżeniem co do czasu, kiedy będzie on zakładany. Jeśli i ciąża i aparat są w planach, to jedna z tych rzeczy powinna poczekać parę miesięcy. Czyli aparat albo parę miesięcy przed zajściem w ciążę albo w drugim trymestrze. Byle nie później, bo trzeci trymestr, a później małe dziecko w domu, na pewno nie sprzyjają braniu na siebie kolejnych problemów. Teraz, gdy mała jest już na świecie, byłoby mi dużo trudniej zebrać się i podjąć taką decyzję. A tak? Młoda ma mamę z prawie prostymi zębami:)

wtorek, 6 września 2016

Mam to na końcu języka...

Wydawało mi się, że w kwestii przyzwyczajenia języka i podniebienia do aparatu już wszystkie niedogodności za mną, a z zapasu wosku mogę sobie np. ulepić pamiątkową świeczkę;)

Ale nie ma tak dobrze - z jakichś powodów od kilku dni zamiast języka mam w ustach obolałą kluchę:( I to w takich miejscach, z którymi nigdy nie było problemów. A "konfiguracja" aparatowa nie była ostatnio zmieniana. W takim razie winić ciążę? Prawdopodobnie. To już końcówka, to i owo ma prawo sobie spuchnąć. Jak widać z aparatem nigdy nie można powiedzieć, że jakiś problem jest już z głowy.


Do tego mam jeden dylemat. W okolicach 22 września mam mieć planową cesarkę. 20 września jestem zaś umówiona do orto i tak się zastanawiam, czy nie odwołać tej wizyty, żeby sobie nie dokładać kolejnych niedogodności. A może po prostu poprosić orto, żeby była w miarę miłosierna dla moich zębów?:)

czwartek, 4 sierpnia 2016

Wizyta trzecia - miejsce dla trójek

Dzisiaj przed południem miałam kolejną, trzecia już wizyta kontrolna. Mając w pamięci poprzednią, szykowałam się znów na co najmniej dobę z obowiązkowym paracetamolem. Ale chyba nie będzie tak źle:)

Na górze tylko zmiana gumek, całość ma sobie dalej w spokoju pracować.

Na dole pomiędzy dwójkami i czwórkami pojawiły się sprężynki. Ich zadaniem jest rozsunięcie zębów tak, by pojawiło się w końcu miejsce na przyklejenie zamków do trójek - może będzie na to szansa na kolejnej wizycie, chociaż wygląda na to, że mój dolny łuk jest trochę uparty. Tak póki co prezentuje się całość (zdjęcie szare dla mojego komfortu psychicznego - robiłam z fleszem i kolor moich zębów wyszedł wyjątkowo niekorzystnie):


Podczas wizyty miałam też kolejny raz okazję rzucić okiem na swoje wyciski sprzed leczenia i znów byłam w szoku jak okropnie wyglądały moje górne jedynki jeszcze parę miesięcy temu! Teraz mój największy problem z wyglądem... praktycznie już nie istnieje :D

styczeń
teraz (po prawie 5 miesiącach)
Kolor zębów się nie zmienił - po prostu właśnie odkryłam światło dzienne do zdjęć:)

wtorek, 19 lipca 2016

Lipcowa ocena zmian

Muszę uczciwie przyznać, że zaniedbałam ostatnio bloga. Przygotowania do narodzin córeczki i urządzanie mieszkania pochłonęły mnie na tyle, że nie miałam czasu rozwodzić się nad aparatem.

Oprócz tego, że jestem leniem, to świadczy to jeszcze o jednej rzeczy - o tym aparacie naprawdę idzie zapomnieć! Nooo, pod warunkiem, że nie boli oczywiście. Ostatnio nie pamiętam o nim, gdy mówię, nie myślę o nim, gdy jem, zapominam nawet, gdy myje zęby (to akurat mniej dobrze). Także, nawet gdybym chciała opisywać tu jakieś mrożące krew w żyłach aparatowe historie, to niestety nie mam jak:)

A same zębole? Powoli, ale systematycznie się prostują, a ja coraz chętniej się uśmiecham. Dzisiejsze wygibasy:









Góra nadal wystaje, ale mniej i całkiem ładnie się poukładała. Dół gorzej, ale orto mnie uprzedzała, że nie będzie z nim łatwo. Po prawej stronie między trójką i czwórką zrobiła się spora przerwa - prawdopodobnie miejsce na obrócenie trójki. Przez przerwę zamek na czwórce jest trochę widoczny przy szerokim uśmiechu, ale nie przeszkadza mi to. Bo jest coraz lepiej:)

piątek, 17 czerwca 2016

Druga wizyta - nowe łuki

Wczoraj byłam na drugiej, długo wyczekiwanej wizycie kontrolnej. Jakbym wiedziała, co mnie czeka, to bym nie była taka niecierpliwa...

Sama wizyta, o dziwo, przebiegła bezproblemowo. Orto oceniła, że dziąsła wyglądają dużo lepiej niż ostatnio, pochwaliła higienę, a potem sprawnie wymieniła oba łuki na nowe, grubsze, o czworokątnym przekroju (zdjęcia poszły tym razem wyjątkowo marnie:):

Cała ta operacja, ku mojemu zdziwieniu, okazała się być zupełnie bezbolesna. To prawdopodobnie dzięki temu, że przez ostatnie dwa miesiące bez wizyty moje zęby przestały już być tkliwe i bolące.

Niestety już niedługo po wyjściu z gabinetu zaczął się prawdziwy dramat. W ciągu kilku godzin moje zęby, z całkiem sprawnego mechanizmu gryzącego, zamieniły się w jeden wielki, bolący koszmar. Chyba jeszcze nigdy mnie tak nie bolały! W ruch poszedł paracetamol, ale i tak prawie całą noc chodziłam po ścianach. Rano ciąg dalszy, w pracy jakoś przeżyłam popijając cały dzień lodowatą wodę - ulga chociaż na moment.

Po południu ból trochę zelżał, więc mam nadzieję, że tym razem szybciej "pozbieram się" po wizycie i zacznę w miarę normalnie jeść. Motywacją są też zmiany, które już zaczynają być widoczne i którym planuję poświęcić osobny post w ciągu kilku następnych dni.

Jak to mówią, no pain no gain:)

środa, 18 maja 2016

Drugi miesiąc z aparatem i... nic!

Powoli minął sobie drugi miesiąc z moim aparatem. Na pierwszej i póki co ostatniej wizycie kontrolnej ortodontka zaprosiła mnie na następną dopiero za dwa miesiące, więc został miesiąc czekania. Nie wiem, czy ten długi czas to dlatego, że łuk nie wykonał jeszcze całej przeznaczonej dla niego pracy (jak oficjalnie twierdzi orto) czy po prostu tak marudziłam o tym, że boli, że zdecydowała się dać moim zębom trochę wytchnienia.

Ból zdecydowanie zelżał (chociaż z siekaczami nadal bywa ciężko), mogę jeść więcej rzeczy i coraz częściej zapominam o tym, że w ogóle noszę aparat. Ale coś za coś, bo efektów nie widzę żadnych:( Więc zdjęć nie będzie. Góra może się jeszcze minimalnie wyprostowała w porównaniu do tego, co było miesiąc temu, ale dół dalej stłoczony i pokrzywiony. Szpara pomiędzy dolną jedynką i dwójką się najpierw zrobiła, a potem z powrotem zamknęła. I tyle. Przyglądam się wszystkim szczegółom dolnego łuku i naprawdę nie potrafię znaleźć żadnej różnicy w porównaniu ze zdjęciami z poprzedniego miesiąca.

Tyle z obiecanych szybkich zmian.

sobota, 23 kwietnia 2016

Parę słów o dolnym łuku

Przyznam, że do tej pory traktowałam mój dolny łuk po macoszemu. Górny prawie całkowicie go zakrywał i to on był głównym powodem kompleksów. Czy to jednak oznacza, że z dolnym łukiem wszystko w porządku? Bynajmniej:) A ponieważ został na ostatniej wizycie aktywowany, to postanowiłam poświęcić mu krótki osobny wpis.

Pomyślałam, że miło byłoby uwiecznić bieżący stan na zdjęciach. Jeśli znacie jakieś dobre sposoby na fotki dolnego łuku to chętnie je poznam - poniżej zamieszczam marne efekty moich wygibasów z telefonem.



Na pierwszym planie widać stłoczenie zębów z przodu. Trójki są tak obrócone, że dopiero za kilka miesięcy czeka je założenie zamków i włączenie do aparatu. No i oczywiście wielkie wyrwy po utraconych szóstkach - nie wiem, jakimi diabelskimi sposobami ortodontka będzie próbowała się ich pozbyć i na ile się to uda. Na razie, w ciągu kilku dni od aktywacji widzę tylko, że między jedną z jedynek i dwójką zrobiła się mała przerwa, ale tak podobno ma być.

Póki co zaczynam cierpliwe czekanie na efekty:)

wtorek, 19 kwietnia 2016

Pierwsza wizyta kontrolna - boli jak diabli

Dzisiaj miałam pierwszą wizytę kontrolną u orto. Już od progu zaczęłam mówić o tym, że zęby bolą mnie praktycznie nieprzerwanie od sześciu tygodni, co utrudnia mi normalne funkcjonowanie. I usłyszałam, że... to normalne i żebym nie spodziewała się, że ból istotnie zelżeje w najbliższym czasie. Kilkukrotnie się pytałam i kilkukrotnie orto zapewniała mnie, że wszystko wygląda dobrze i nie ma powodów do niepokoju. I co ja mam o tym wszystkim myśleć?

Potem zdjęła łuki, pooglądała, wyczyściła resztki kleju/cementu, które zostały po zakładaniu i założyła z powrotem te same (takie same?) łuki. Z tą różnicą, że dolny łuk jest teraz w pełni aktywowany (przedtem na jedynkach i dwójkach nie miałam gumek). Całość bolała mnie jak cholera. Normalnie zęby bolą mnie nawet przy dotykaniu, a tutaj pół godziny gmerania, ciągnięcia i innych atrakcji. Mija parę godzin po tej wątpliwej przyjemności, a ja z bólu już ledwo mówię.

Do tego wszystkiego, odkąd założyłam aparat, ciągle krwawią mi dziąsła. Najczęściej przy myciu zębów, ale potrafią też zacząć krwawić od tak. Zdaniem ortodontki to nie wina aparatu, a ciąży i być może ma rację, ale ciągle, pomimo jej zapewnień, nie mogę pozbyć się wrażenia, że coś jest nie tak.

Wszędzie piszą, że boli przez kilka dni, tydzień. A mnie cały czas tak samo. I mam tego serdecznie dość, zaczynam naprawdę żałować całej tej imprezy.

sobota, 16 kwietnia 2016

5 tygodni - zmiany

Mija 5 tygodni odkąd mam aparat i postanowiłam skleić małe ilustrowane podsumowanie zmian, jakie zaszły. Widok z przodu:

Początek
5 tygodni z aparatem
I widok "wewnątrzgębowy":

Początek
5 tygodni z aparatem
Efekty nie są jeszcze spektakularne, ale dla mnie już zauważalne. Jedynki nieco mniej na siebie nachodzą. Środek górnego łuku przesunął się minimalnie w stronę środka dolnego. Tworząc ten wpis zauważyłam też, że górna lewa trójka (na zdjęciach po prawej) zaczęła się całkiem ładnie układać i dostrzegalnie "zjechała" z dół. Zmiany sprawiają, że uśmiech jest bardziej symetryczny.

Miło widzieć, że cierpienia zaczynają procentować. Byle nie procentowały za bardzo, a to bolesne przesuwanie nie skończyło się obumarciem któregoś z zębów (myśl o tym mnie ostatnio prześladuje!). Pierwsza wizyta kontrolna już za kilka dni i mam nadzieję, że ortodontka mnie uspokoi.

Na koniec ułatwię sobie porównania w przeszłości - dorzucam kilka nowych ujęć, które lepiej pokazują mój największy problem czyli wystawanie górnych zębów do przodu:



niedziela, 10 kwietnia 2016

Jeszcze o (nie)jedzeniu

Naprawdę lubię jeść.

Nie objadać się, ale jeść różne rzeczy. Aromatyczne, dobrze przyprawione, soczyste.. I uświadamiam sobie to bardzo boleśnie dopiero teraz, kiedy mija prawie miesiąc od założenia mojego aparatu.

Wśród zakazów i ograniczeń ciążowych, jedzenie było dla mnie jedną z niewielu przyjemności, które zostały i którym mogłam się oddawać bez większych restrykcji. Teraz stało się przykrą, bolesną koniecznością. Wybierając jedzenie już nie myślę "Na co mam ochotę?" albo "Co będzie najzdrowsze dla mnie i dziecka?". Teraz jest "Co, do cholery, będę w stanie pogryźć?". Nie poddawałam się, próbowałam różnych rzeczy i różnych konfiguracji do gryzienia, ale z marnym skutkiem. "Chrzanić to, zjem tego burgera" - skończyło się tym, że mało się nad nieszczęsną bułą nie popłakałam.

Do rzeczy - powierzchni nadającej się do gryzienia jest w moich ustach nadal bardzo niewiele. Do tego co chwila boli mnie inny ząb. Nie wiem, czy tak powinno być. To dolna dwójka zrobi się tak tkliwa, że ledwo jestem w stanie ją chociażby umyć szczoteczką. Minie parę dni i dwójka się trochę uspokoi, to znów górna piątka zacznie tak boleć, że mam wrażenie, że wypadnie przy mocniejszym nacisku. I tak w kółko. Nie miałam jeszcze pierwszej wizyty kontrolnej, nikt mi tam niczego nie dokręcał, więc na logikę po czterech tygodniach już nie powinno tak boleć. A boli. Wizytę u ortodontki mam za półtorej tygodnia, mam nadzieję, że dowiem się czegoś. A jeśli ból nie minie to raczej nie dam tam sobie niczego wymienić ani podkręcić.

Czy żałuję założenia aparatu? W porze obiadowej na pewno. Nie wierzcie ortodontom bezgranicznie w opowieści o tym, jak to aparat nie utrudnia życia. Rezultatów noszenia aparatu póki co nie widzę. Jedzenie boli, mycie zębów boli, a myśl, że to ma trwać sprawia, że mam ochotę pozbyć się tego aparatu w cholerę. A potem zjeść burgera. I zagryźć ogórkiem kiszonym.

środa, 16 marca 2016

Dzień 5 - aparat poszedł do pracy

Myślę, że dla wielu świeżo upieczonych "nosicieli" aparatu lingwalnego pierwszy dzień w pracy czy w szkole jest stresującym przeżyciem. W końcu wybraliśmy taki aparat po to, by nikt (lub prawie nikt) się o nim nie dowiedział!

Aby dać sobie czas na oswojenie się z aparatem, wzięłam wolne w poniedziałek, a wczoraj pracowałam z domu. Dzisiaj już jednak nie było wyjścia, musiałam być w pracy, do tego mieliśmy telekonferencję z klientem... Obawiałam się, czy inni usłyszą zmianę w mojej mowie, zastanawiałam się też, jak wypadnie mówienie po angielsku.

Czy inni coś słyszeli? Nie wiem:) Nikt o nic nie pytał, więc ja też nie mówiłam. Mi się ciągle wydaje, że moje s i c nie brzmi za dobrze (chociaż chyba minimalnie lepiej niż zaraz po założeniu). Jak już pisałam, mój narzeczony twierdzi, że jest ok, ale nie wierzę do końca w jego obiektywizm;) W pracy o aparacie wie tylko jedna osoba, ale nie miałam dzisiaj jak z nią porozmawiać - może jutro będzie okazja.

Jeśli chodzi o angielski, to mam mieszane odczucia. Sporo ludzi pisze, że jest łatwiej niż po polsku - może wynika to z tego, że można mówić trochę bardzie niedbale. Z drugiej strony ja miałam dzisiaj wrażenie, że w tym języku jest dużo więcej tego przeklętego s w czystej postaci. Nawet sprawdziłam to teraz i statystyki na Wiki mówią, że mam rację:)

Tak czy inaczej, po początkowych oporach rano, w ciągu dnia przełamałam się i mówiłam normalnie (czyli dużo:). Mam nadzieję, że moja mowa polepszy się z czasem, ale w ostateczności - tak też da się żyć.

Na koniec dodam tylko, że zęby są nadal tkliwe, więc jeszcze nie mogę gryźć, chociaż tu też sytuacja powoli ma się ku lepszemu. Jestem też naprawdę pozytywnie zaskoczona, że omijają mnie te makabryczne obtarcia języka, o których inni tyle piszą. Stosuję wosk tylko na dolnych siódemkach (i to też nie non stop), a język prawie jak nowy:). No cóż, może jest jakaś szansa na przetrwanie:)

niedziela, 13 marca 2016

Dzień 2 - jestem głodna!

Pierwsza doba z aparatem za mną. Jak było?

Na początek fotka górnego łuku. Niestety nie mam ani dobrego aparatu ani lusterka, więc wyszło, jak wyszło, ale dowód jest:)



Jeszcze wczoraj niemiła niespodzianka - dolny łuk wypadł mi z zamka na prawej, dolnej siódemce. Nie wiem, kiedy dokładnie to się stało, po prostu w pewnym momencie poczułam językiem luźną końcówkę druta. Trochę się zdenerwowałam. Wiem, że odpadające druty i zamki zdarzają się dość często, ale nie sądziłam, że spotka mnie to po kilku godzinach od założenia aparatu. Tym bardziej, że praktycznie w żaden sposób go wczoraj nie "męczyłam". Tak czy inaczej, jutro z samego rana muszę się dobijać do mojej ortodontki z moją pierwszą awarią.

Wieczorem język zaczął się zauważalnie obcierać o zamki na dolnych siódemkach, więc przed pójściem spać zakleiłam je woskiem ortodontycznym. Nie poszło mi to zbyt sprawnie i szybko, ale zgaduję, że wkrótce nabiorę wprawy. Czytałam różne historie o budzeniu się rano ze zmasakrowanym językiem, ale postanowiłam zaryzykować i na razie nie zaklejać pozostałych zamków. Decyzja chyba była dobra, bo rano język był praktycznie w porządku.

Trochę gorzej z samymi zębami. Same z siebie może nie bolą, ale przy dotyku, myciu nie jest komfortowo, momentami mam takie wrażenie, jakby mi wszystkie miały wypaść.

Zrobiłam w Internecie małe zakupy zębowe. Zamówiłam sobie zapas wosków (w tym świecący w ciemności - jak szaleć to szaleć, a co!) i ortodontyczne końcówki do mojej szczoteczki elektrycznej. Niedługo pewnie przekonam się, czego jeszcze potrzebuję.

No i oczywiście kontynuacja walki o niezagłodzenie siebie i dziecka. Przedtem praktycznie cały czas coś podjadałam - jabłko, orzechy, ogórek kiszony, batonik, kabanos...;( A teraz? O gryzieniu mogę zapomnieć, rano zjadłam trochę jajecznicy, ale przegrałam z kromką chleba bez skórki. Ogórka zastąpiłam zupą ogórkową (mam w ciąży klasyczną ochotę na kiszone), ale prawda jest taka, że cały czas jestem głodna i coraz bardziej załamana. Ciąża wiąże się z ograniczeniami, ale przynajmniej mogłam dobrze zjeść. A teraz?;(

Wczoraj u ortodonty zrobiłam sobie zdjęcie spodziewanego efektu leczenia, żeby w trudnych chwilach się motywować i dobrze przeczuwałam, że będzie potrzebne... Oto jak to ma wyglądać:


Więc jeśli nie padnę z głodu albo w rozpaczy nie wyrwę sobie tego nieszczęścia z ust kombinerkami, to za jakiś czas będę się chwalić czymś mniej więcej takim jak wyżej.

sobota, 12 marca 2016

Stało się! - czyli gęba pełna żelastwa

Walcząc z ciążowymi mdłościami, doczekałam się w końcu założenia aparatu. Termin przesunął się dwa dni, bo kurier nie dostarczył go na czas. Ale stało się, a ja jestem w końcu posiadaczką jednego z najdroższych narzędzi tortur, jakie mogę sobie wyobrazić.

Samo zakładanie aparatu przebiegło dość sprawnie. Zamki w tym aparacie są dostarczane w specjalnych szynach, które umożliwiają przyklejenie ich wszystkich naraz - raz, dwa i gotowe. Ze względu na to, że moje siódemki mają się dość mocno przesunąć i powinny być traktowane sporą siłą, ortodontka zdecydowała się na pierścienie na nich (co chyba jest dość rzadkie w Incognito). Pierścienie wyglądają jednak trochę inaczej niż te w tradycyjnych aparatach - są bardziej jak nakładki od góry, do tego nie stykają się z innymi zębami, więc nie powinny być mocno uciążliwe. W każdym razie jedynie pierścienie były montowane pojedynczo. W międzyczasie było trochę różnego klejenia, suszenia, naświetlania, i tak po półtorej godziny wymaszerowałam z kliniki z przerażeniem w oczach i jedną myślą - "Jak ja mam wytrzymać z tym cholerstwem wiele miesięcy?".

Pierwsza sprawa - oczywiście mówienie. Tutaj muszę szczerze przyznać, że nie jest tragicznie, ale mam trochę problemu z s, z i c. Mój narzeczony zapewnia mnie, że jest to prawie niesłyszalne, w moich uszach nie brzmi to już tak dobrze. Pozostaje ćwiczyć i mieć nadzieję, że za jakiś czas będzie lepiej (i że po drodze nie będzie gorzej!).

Kolejna rzecz - ból. Po przeczytaniu wielu opinii byłam przygotowana na najgorsze i to raczej bez tabletek przeciwbólowych, które w ciąży są niewskazane. W momencie pisania tych słów mam aparat około siedmiu godzin i póki co również nie jest najgorzej pod tym względem. Zęby są co prawda tkliwe i czuję, że działa na nie siła, ale nie ma mowy o jakimś wielkim bólu. Bardziej martwię się o swój język, który obciera się walcząc o odrobinę komfortu w otoczeniu dolnego łuku. Podejrzewam, że jeśli w ciągu kolejnych dni będę kwiczeć z bólu to właśnie przez niego, a nie same zęby.

I wreszcie chyba najgorsza rzecz - jedzenie. W ciągu dnia zjadłam zupę krem, wieczorem zdecydowałam się zmierzyć z pierwszym stałym posiłkiem w postaci mięciutkiej ryby i niestety nie jest łatwo. Bardziej niż ból przeszkadza mi to, że nie mogę jak dawniej zagryźć zębów, ciężko jest znaleźć miejsce, gdzie zęby stykałyby się i umożliwiały jakieś żucie. Nie zdawałam też sobie sprawy, że podczas jedzenia tak bardzo rusza się językiem w ustach - teraz wszędzie napotyka on to żelastwo:( Niech żyją zupy!

Dzisiaj nie mam już siły na zabawę w zdjęcia, ale na pewno zrobię to w przyszłych postach. Życie z aparatem wydaje się póki co bardzo uciążliwe i pocieszam się czytając wpisy na różnych blogach i forach, o tym, że to przejściowe, a efekt wynagradza cierpienia. Teraz już i tak nie ma odwrotu:)

Jedno pozytywne zaskoczenie dziś - o dziwo w tym ustrojstwie da się całować.:)

piątek, 29 stycznia 2016

Dwa łuki? Dwie kreski!

Jeszcze kilka dni temu większość moich myśli krążyła wokół metalowych łuków, które już niedługo zagoszczą na moich zębach. Życie jednak płata figle, a ja już tak mam, że zmiany u mnie nadchodzą hurtem.

Bo oto kilka dni temu dowiedziałam się, że jestem w ciąży:) Może nie do końca planowanej, ale po pierwszym szoku, zaczynam się naprawdę bardzo cieszyć. Jest jeszcze bardzo wcześnie i wiem, że niejedno się może zdarzyć, ale nie sposób podejść racjonalnie to takiej wiadomości. Jak już największe emocje opadły, to jedną z pierwszych myśli było - co z aparatem? Szybkie googlowanie nie dało jednoznacznej odpowiedzi - jedni piszą, że absolutnie można i nawet lepiej, inni, że owszem, ale trzeba się przygotować na to, że nie będzie łatwo, a jeszcze inni, że odradzają. Zadzwoniłam więc do mojej ortodontki pełna obaw, że powie coś w stylu: "A daj pani spokój, ja tam się ciężarnych nie tykam". Całe szczęście tak nie było. Otrzymałam szybkie gratulacje, a potem usłyszałam, że nie ma żadnego problemu. Ortodontka zapewniła mnie. że ma trochę pacjentek w ciąży, a ponieważ RTG i wyrwanie zęba już za mną, to nie ma żadnych przeciwwskazań i widzimy się 10 marca na zakładaniu aparatu.

Ucieszyłam się... a potem ogarnęło mnie przerażenie. Przedtem tak bardzo przeżywałam to, jak będzie wyglądać moje życie z aparatem, pokonywanie trudności w mówieniu i jedzeniu, pilnowanie mycia zębów itd. Teraz do tego wszystkiego ma dojść jeszcze taka "drobnostka" jak ciąża, a jeśli wszystko pójdzie dobrze, to potem małe dziecko wymagające 100% uwagi! Jak mam zdrowo jeść, jeśli nie będę w stanie prawie w ogóle jeść? Czy dam radę kursować z brzuchem między ortodontą i ginekologiem? No i wreszcie, czy aparat w połączeniu z ciążą nie wpłyną bardzo negatywnie na stan moich dziąseł i zębów?

"Lepiej późno niż później" napisałam w moim pierwszym poście i postanowiłam się tego trzymać. Przemęczę się i będę prostować zęby z ciąży, jeśli tylko będzie taka możliwość. Bloga na pewno wzbogacę o doświadczenia aparatki w ciąży, ale obiecuję, że zrobię wszystko, by nie stał się blogiem o ciąży:)

piątek, 22 stycznia 2016

Niezły wycisk

Dzisiaj rano zaliczyłam ostatni etap przygotowań do aparatu czyli pobranie wycisków u ortodonty. Całość była dla mnie trochę nieprzyjemna ze względu na ciągle gojącą się ranę po wyrwaniu szóstki, ale dało się przeżyć, a ja nie chciałam przekładać wizyty i opóźniać założenia aparatu.

Robienie wycisków do Incognito różni się trochę od pobierania zwykłych (przynajmniej takich, które ja znam) i odbywa się dwuetapowo. Najpierw zagryzłam zęby na niebieskiej masie pokrytej cienką folią. Później utworzony w ten sposób "rowek" został wypełniony inną masą - żółtą - a całość jeszcze raz w zęby (już bez folii). Masy zastygają trochę dłużej niż tradycyjne, ale gotowe formy bardzo dobrze odzwierciedlają najdrobniejsze szczegóły w kształcie zębów - asystentka ortodontki wręcz zachwycała się dokładnością wycisków.

Całość zajęła około 45 minut, dolną szczękę niestety musiałam robić dwa razy, po za pierwszym nie złapało całkowicie jednej z siódemek. A szkoda ryzykować, że Niemcom nie spodobają się wyciski i każą robić nowe.

Znam już ostateczny termin założenia aparatu - jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to zostanę "zadrutowana" 10 marca (niestety, nie dało się wcześniej). Widoczne efekty w poskramianiu jedynek-łopat ortodontka obiecała już w okolicach maja. Z jednej strony już nie mogę się doczekać, z drugiej trochę przeraża mnie to, że nie ma już odwrotu - są momenty, że życie przez 2-3 lata z tą kupą żelastwa w ustach wydaje mi się straszną katorgą. Ale wtedy myślę, że przecież tyle osób przez to przeszło i prawie nikt tego nie żałuje, że ja żałowałabym gdybym tego nie zrobiła. Zatem zostało teraz uzbroić się w cierpliwość:)

środa, 20 stycznia 2016

Jedynki, szóstki i reszta towarzystwa

Tak jak zapowiedziałam, wrzucam rezultat dzisiejszej sesji przed lustrem. Nie ukrywam, że takie szczerzenie się do aparatu nie było dla mnie łatwe. Publikacja efektów tym bardziej!


Widać, że roboty dla ortodonty jest sporo. Nierówności pomiędzy pojedynczymi zębami nie są może tragiczne, ale pomiędzy górne i dolne zęby mogę spokojnie włożyć palec. Wszystko przez to, że tym, jakby nie patrzeć, całkiem okazałym zębom, przyszło egzystować w dość wąskich szczękach. Wiem, że w takich przypadkach często pojawiają się wątpliwości, czy powinno się usuwać jakieś zdrowe zęby, żeby zrobić więcej miejsca. U mnie stety/niestety dylematów takich nie było.

Czemu? Otóż po pewnej traumatycznej wizycie u stomatologa za dzieciaka, przez lata niespecjalnie było mi po drodze do dentysty. A kiedy się w końcu wybrałam, okazało się, że z moimi trzema szóstkami nie da się już nic poza wyrwaniem zrobić. Co zrobiłam. Czwartą (górną) szóstkę udało się uratować kanałowo, a później pieczołowicie odbudować. Pozostałe zęby (o dziwo!) miały tylko kilka niewielkich, szybko załatanych dziur.

Tak czy inaczej zostałam bez trzech zębów i nie widziałam w tym nawet większych problemów, dopóki moja ortodontka nie zwróciła mi uwagi na jedną rzecz. Z powodu braku symetrii moje górne zęby zaczęły lecieć w jedną stronę. No i padł wyrok skazujący - biedna szóstka po przejściach musi opuścić zacne towarzystwo, zrobi się więcej miejsca, a wszystkie cztery luki, chociaż częściowo, zostaną zamknięte aparatem.

Wtedy jeszcze (może całe szczęście) nie wiedziałam, co znaczy usuwanie zęba z koronką i tytanowym wkładem... A znaczy godzinę wiercenia i cztery zużyte wiertła. Otwarta zatoka gratis. Przeżyłam, a dziąsło się już goi, ale na przyszłość dobra rada - jeśli kiedykolwiek staniecie przed decyzją o kompleksowej odbudowie zęba, to zastanówcie się, czy przypadkiem nie będziecie go kiedyś chcieli usunąć:)

To tyle zębowej historii, teraz zostało już "tylko" te nieszczęścia wyprostować.

niedziela, 17 stycznia 2016

Lepiej późno niż później

Niektórym szczęśliwcom zęby wyrosły prosto. Inni przeszli skuteczne prostowanie w wieku -nastu lat. Ja należę do... tej trzeciej grupy. W moim szkolnym środowisku noszenie aparatu wiązało się z towarzyskim samobójstwem, a i moi rodzice jakoś niespecjalnie naciskali na ortodontyczną interwencję. I tak moje krzywulce dotrwały razem ze mną do wieku dorosłego. A ja nauczyłam się z nimi żyć i w pełni je zaakceptowałam... No dobra, w tę bajkę nikt nie uwierzy:)

Krzywe zęby może nie spędzają mi snu z powiek, bo i z nimi potrafię czuć się atrakcyjna, ale skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie są dla mnie problemem. Z zazdrością spoglądam na prościutkie piękności w ustach niektórych, opanowałam do perfekcji powściągliwy grymas a la Mona Lisa i gotuję się w środku, gdy słyszę "uśmiech!" podczas robienia zdjęć. Dlatego też temat aparatu powracał w mojej głowie co jakiś czas, ale nigdy nie miałam dość czasu i siły, by przejść się do ortodonty i podjąć jakąś decyzję. Aż moja własna szczęka mi trochę z tym pomogła...

W grudniu zeszłego roku dopadł mnie ból lewego stawu skroniowo-żuchwowego. Szybko znalazłam przyczynę. Moje górne i dolne jedynki praktycznie nie mogą się zetknąć. To spowodowało, że przy gryzieniu czy łapaniu zębami różnych rzeczy, nieświadomie wyrobiłam sobie dziwny i szkodliwy nawyk - przesuwam dolną szczękę w poziomie, by zetknąć dolną dwójkę z górną trójką i taką "konstrukcją" łapię i gryzę. Wniosek był mało optymistyczny - krzywulce przestały być tylko problemem estetycznym i zaczęły być zdrowotnym.

Umówiłam się z ortodontą i, chociaż szczęka przestała boleć po zmianie nawyków, głupio by było się wycofać. A kiedy dowiedziałam się, czym jest aparat Incognito, nie chciałam słyszeć o innym rozwiązaniu. To aparat przygotowany indywidualnie i montowany od wewnętrznej strony zębów. Wizja prostowania zębów bez pokazywania całemu światu metalowego rusztowania oczarowała mnie całkowicie. A w mojej ocenie w polskim Internecie wciąż mało jest opinii i wrażeń użytkowników o tym aparacie - dlatego postanowiłam założyć bloga, by podzielić się swoimi.

Jeszcze nie mam aparatu, ale jestem zdecydowana na 100%. W przyszłym tygodniu mam piaskowanie i wyciski, a później sześć tygodni czekania, aż Niemcy zmajstrują moją indywidualną, złotą, zębową zbroję. W miedzy czasie, w przyszłym poście, obiecuję "pochwalić się" zdjęciem moich niesfornych zębiszczy i opowiedzieć trochę ich historię.