Jeszcze kilka dni temu większość moich myśli krążyła wokół metalowych łuków, które już niedługo zagoszczą na moich zębach. Życie jednak płata figle, a ja już tak mam, że zmiany u mnie nadchodzą hurtem.
Bo oto kilka dni temu dowiedziałam się, że jestem w ciąży:) Może nie do końca planowanej, ale po pierwszym szoku, zaczynam się naprawdę bardzo cieszyć. Jest jeszcze bardzo wcześnie i wiem, że niejedno się może zdarzyć, ale nie sposób podejść racjonalnie to takiej wiadomości. Jak już największe emocje opadły, to jedną z pierwszych myśli było - co z aparatem? Szybkie googlowanie nie dało jednoznacznej odpowiedzi - jedni piszą, że absolutnie można i nawet lepiej, inni, że owszem, ale trzeba się przygotować na to, że nie będzie łatwo, a jeszcze inni, że odradzają. Zadzwoniłam więc do mojej ortodontki pełna obaw, że powie coś w stylu: "A daj pani spokój, ja tam się ciężarnych nie tykam". Całe szczęście tak nie było. Otrzymałam szybkie gratulacje, a potem usłyszałam, że nie ma żadnego problemu. Ortodontka zapewniła mnie. że ma trochę pacjentek w ciąży, a ponieważ RTG i wyrwanie zęba już za mną, to nie ma żadnych przeciwwskazań i widzimy się 10 marca na zakładaniu aparatu.
Ucieszyłam się... a potem ogarnęło mnie przerażenie. Przedtem tak bardzo przeżywałam to, jak będzie wyglądać moje życie z aparatem, pokonywanie trudności w mówieniu i jedzeniu, pilnowanie mycia zębów itd. Teraz do tego wszystkiego ma dojść jeszcze taka "drobnostka" jak ciąża, a jeśli wszystko pójdzie dobrze, to potem małe dziecko wymagające 100% uwagi! Jak mam zdrowo jeść, jeśli nie będę w stanie prawie w ogóle jeść? Czy dam radę kursować z brzuchem między ortodontą i ginekologiem? No i wreszcie, czy aparat w połączeniu z ciążą nie wpłyną bardzo negatywnie na stan moich dziąseł i zębów?
"Lepiej późno niż później" napisałam w moim pierwszym poście i postanowiłam się tego trzymać. Przemęczę się i będę prostować zęby z ciąży, jeśli tylko będzie taka możliwość. Bloga na pewno wzbogacę o doświadczenia aparatki w ciąży, ale obiecuję, że zrobię wszystko, by nie stał się blogiem o ciąży:)
piątek, 29 stycznia 2016
piątek, 22 stycznia 2016
Niezły wycisk
Dzisiaj rano zaliczyłam ostatni etap przygotowań do aparatu czyli pobranie wycisków u ortodonty. Całość była dla mnie trochę nieprzyjemna ze względu na ciągle gojącą się ranę po wyrwaniu szóstki, ale dało się przeżyć, a ja nie chciałam przekładać wizyty i opóźniać założenia aparatu.
Robienie wycisków do Incognito różni się trochę od pobierania zwykłych (przynajmniej takich, które ja znam) i odbywa się dwuetapowo. Najpierw zagryzłam zęby na niebieskiej masie pokrytej cienką folią. Później utworzony w ten sposób "rowek" został wypełniony inną masą - żółtą - a całość jeszcze raz w zęby (już bez folii). Masy zastygają trochę dłużej niż tradycyjne, ale gotowe formy bardzo dobrze odzwierciedlają najdrobniejsze szczegóły w kształcie zębów - asystentka ortodontki wręcz zachwycała się dokładnością wycisków.
Całość zajęła około 45 minut, dolną szczękę niestety musiałam robić dwa razy, po za pierwszym nie złapało całkowicie jednej z siódemek. A szkoda ryzykować, że Niemcom nie spodobają się wyciski i każą robić nowe.
Znam już ostateczny termin założenia aparatu - jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to zostanę "zadrutowana" 10 marca (niestety, nie dało się wcześniej). Widoczne efekty w poskramianiu jedynek-łopat ortodontka obiecała już w okolicach maja. Z jednej strony już nie mogę się doczekać, z drugiej trochę przeraża mnie to, że nie ma już odwrotu - są momenty, że życie przez 2-3 lata z tą kupą żelastwa w ustach wydaje mi się straszną katorgą. Ale wtedy myślę, że przecież tyle osób przez to przeszło i prawie nikt tego nie żałuje, że ja żałowałabym gdybym tego nie zrobiła. Zatem zostało teraz uzbroić się w cierpliwość:)
Robienie wycisków do Incognito różni się trochę od pobierania zwykłych (przynajmniej takich, które ja znam) i odbywa się dwuetapowo. Najpierw zagryzłam zęby na niebieskiej masie pokrytej cienką folią. Później utworzony w ten sposób "rowek" został wypełniony inną masą - żółtą - a całość jeszcze raz w zęby (już bez folii). Masy zastygają trochę dłużej niż tradycyjne, ale gotowe formy bardzo dobrze odzwierciedlają najdrobniejsze szczegóły w kształcie zębów - asystentka ortodontki wręcz zachwycała się dokładnością wycisków.
Całość zajęła około 45 minut, dolną szczękę niestety musiałam robić dwa razy, po za pierwszym nie złapało całkowicie jednej z siódemek. A szkoda ryzykować, że Niemcom nie spodobają się wyciski i każą robić nowe.
Znam już ostateczny termin założenia aparatu - jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to zostanę "zadrutowana" 10 marca (niestety, nie dało się wcześniej). Widoczne efekty w poskramianiu jedynek-łopat ortodontka obiecała już w okolicach maja. Z jednej strony już nie mogę się doczekać, z drugiej trochę przeraża mnie to, że nie ma już odwrotu - są momenty, że życie przez 2-3 lata z tą kupą żelastwa w ustach wydaje mi się straszną katorgą. Ale wtedy myślę, że przecież tyle osób przez to przeszło i prawie nikt tego nie żałuje, że ja żałowałabym gdybym tego nie zrobiła. Zatem zostało teraz uzbroić się w cierpliwość:)
środa, 20 stycznia 2016
Jedynki, szóstki i reszta towarzystwa
Tak jak zapowiedziałam, wrzucam rezultat dzisiejszej sesji przed lustrem. Nie ukrywam, że takie szczerzenie się do aparatu nie było dla mnie łatwe. Publikacja efektów tym bardziej!
Widać, że roboty dla ortodonty jest sporo. Nierówności pomiędzy pojedynczymi zębami nie są może tragiczne, ale pomiędzy górne i dolne zęby mogę spokojnie włożyć palec. Wszystko przez to, że tym, jakby nie patrzeć, całkiem okazałym zębom, przyszło egzystować w dość wąskich szczękach. Wiem, że w takich przypadkach często pojawiają się wątpliwości, czy powinno się usuwać jakieś zdrowe zęby, żeby zrobić więcej miejsca. U mnie stety/niestety dylematów takich nie było.
Czemu? Otóż po pewnej traumatycznej wizycie u stomatologa za dzieciaka, przez lata niespecjalnie było mi po drodze do dentysty. A kiedy się w końcu wybrałam, okazało się, że z moimi trzema szóstkami nie da się już nic poza wyrwaniem zrobić. Co zrobiłam. Czwartą (górną) szóstkę udało się uratować kanałowo, a później pieczołowicie odbudować. Pozostałe zęby (o dziwo!) miały tylko kilka niewielkich, szybko załatanych dziur.
Tak czy inaczej zostałam bez trzech zębów i nie widziałam w tym nawet większych problemów, dopóki moja ortodontka nie zwróciła mi uwagi na jedną rzecz. Z powodu braku symetrii moje górne zęby zaczęły lecieć w jedną stronę. No i padł wyrok skazujący - biedna szóstka po przejściach musi opuścić zacne towarzystwo, zrobi się więcej miejsca, a wszystkie cztery luki, chociaż częściowo, zostaną zamknięte aparatem.
Wtedy jeszcze (może całe szczęście) nie wiedziałam, co znaczy usuwanie zęba z koronką i tytanowym wkładem... A znaczy godzinę wiercenia i cztery zużyte wiertła. Otwarta zatoka gratis. Przeżyłam, a dziąsło się już goi, ale na przyszłość dobra rada - jeśli kiedykolwiek staniecie przed decyzją o kompleksowej odbudowie zęba, to zastanówcie się, czy przypadkiem nie będziecie go kiedyś chcieli usunąć:)
To tyle zębowej historii, teraz zostało już "tylko" te nieszczęścia wyprostować.
Widać, że roboty dla ortodonty jest sporo. Nierówności pomiędzy pojedynczymi zębami nie są może tragiczne, ale pomiędzy górne i dolne zęby mogę spokojnie włożyć palec. Wszystko przez to, że tym, jakby nie patrzeć, całkiem okazałym zębom, przyszło egzystować w dość wąskich szczękach. Wiem, że w takich przypadkach często pojawiają się wątpliwości, czy powinno się usuwać jakieś zdrowe zęby, żeby zrobić więcej miejsca. U mnie stety/niestety dylematów takich nie było.
Czemu? Otóż po pewnej traumatycznej wizycie u stomatologa za dzieciaka, przez lata niespecjalnie było mi po drodze do dentysty. A kiedy się w końcu wybrałam, okazało się, że z moimi trzema szóstkami nie da się już nic poza wyrwaniem zrobić. Co zrobiłam. Czwartą (górną) szóstkę udało się uratować kanałowo, a później pieczołowicie odbudować. Pozostałe zęby (o dziwo!) miały tylko kilka niewielkich, szybko załatanych dziur.
Tak czy inaczej zostałam bez trzech zębów i nie widziałam w tym nawet większych problemów, dopóki moja ortodontka nie zwróciła mi uwagi na jedną rzecz. Z powodu braku symetrii moje górne zęby zaczęły lecieć w jedną stronę. No i padł wyrok skazujący - biedna szóstka po przejściach musi opuścić zacne towarzystwo, zrobi się więcej miejsca, a wszystkie cztery luki, chociaż częściowo, zostaną zamknięte aparatem.
Wtedy jeszcze (może całe szczęście) nie wiedziałam, co znaczy usuwanie zęba z koronką i tytanowym wkładem... A znaczy godzinę wiercenia i cztery zużyte wiertła. Otwarta zatoka gratis. Przeżyłam, a dziąsło się już goi, ale na przyszłość dobra rada - jeśli kiedykolwiek staniecie przed decyzją o kompleksowej odbudowie zęba, to zastanówcie się, czy przypadkiem nie będziecie go kiedyś chcieli usunąć:)
To tyle zębowej historii, teraz zostało już "tylko" te nieszczęścia wyprostować.
niedziela, 17 stycznia 2016
Lepiej późno niż później
Niektórym szczęśliwcom zęby wyrosły prosto. Inni przeszli skuteczne prostowanie w wieku -nastu lat. Ja należę do... tej trzeciej grupy. W moim szkolnym środowisku noszenie aparatu wiązało się z towarzyskim samobójstwem, a i moi rodzice jakoś niespecjalnie naciskali na ortodontyczną interwencję. I tak moje krzywulce dotrwały razem ze mną do wieku dorosłego. A ja nauczyłam się z nimi żyć i w pełni je zaakceptowałam... No dobra, w tę bajkę nikt nie uwierzy:)
Krzywe zęby może nie spędzają mi snu z powiek, bo i z nimi potrafię czuć się atrakcyjna, ale skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie są dla mnie problemem. Z zazdrością spoglądam na prościutkie piękności w ustach niektórych, opanowałam do perfekcji powściągliwy grymas a la Mona Lisa i gotuję się w środku, gdy słyszę "uśmiech!" podczas robienia zdjęć. Dlatego też temat aparatu powracał w mojej głowie co jakiś czas, ale nigdy nie miałam dość czasu i siły, by przejść się do ortodonty i podjąć jakąś decyzję. Aż moja własna szczęka mi trochę z tym pomogła...
W grudniu zeszłego roku dopadł mnie ból lewego stawu skroniowo-żuchwowego. Szybko znalazłam przyczynę. Moje górne i dolne jedynki praktycznie nie mogą się zetknąć. To spowodowało, że przy gryzieniu czy łapaniu zębami różnych rzeczy, nieświadomie wyrobiłam sobie dziwny i szkodliwy nawyk - przesuwam dolną szczękę w poziomie, by zetknąć dolną dwójkę z górną trójką i taką "konstrukcją" łapię i gryzę. Wniosek był mało optymistyczny - krzywulce przestały być tylko problemem estetycznym i zaczęły być zdrowotnym.
Umówiłam się z ortodontą i, chociaż szczęka przestała boleć po zmianie nawyków, głupio by było się wycofać. A kiedy dowiedziałam się, czym jest aparat Incognito, nie chciałam słyszeć o innym rozwiązaniu. To aparat przygotowany indywidualnie i montowany od wewnętrznej strony zębów. Wizja prostowania zębów bez pokazywania całemu światu metalowego rusztowania oczarowała mnie całkowicie. A w mojej ocenie w polskim Internecie wciąż mało jest opinii i wrażeń użytkowników o tym aparacie - dlatego postanowiłam założyć bloga, by podzielić się swoimi.
Jeszcze nie mam aparatu, ale jestem zdecydowana na 100%. W przyszłym tygodniu mam piaskowanie i wyciski, a później sześć tygodni czekania, aż Niemcy zmajstrują moją indywidualną, złotą, zębową zbroję. W miedzy czasie, w przyszłym poście, obiecuję "pochwalić się" zdjęciem moich niesfornych zębiszczy i opowiedzieć trochę ich historię.
Krzywe zęby może nie spędzają mi snu z powiek, bo i z nimi potrafię czuć się atrakcyjna, ale skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie są dla mnie problemem. Z zazdrością spoglądam na prościutkie piękności w ustach niektórych, opanowałam do perfekcji powściągliwy grymas a la Mona Lisa i gotuję się w środku, gdy słyszę "uśmiech!" podczas robienia zdjęć. Dlatego też temat aparatu powracał w mojej głowie co jakiś czas, ale nigdy nie miałam dość czasu i siły, by przejść się do ortodonty i podjąć jakąś decyzję. Aż moja własna szczęka mi trochę z tym pomogła...
W grudniu zeszłego roku dopadł mnie ból lewego stawu skroniowo-żuchwowego. Szybko znalazłam przyczynę. Moje górne i dolne jedynki praktycznie nie mogą się zetknąć. To spowodowało, że przy gryzieniu czy łapaniu zębami różnych rzeczy, nieświadomie wyrobiłam sobie dziwny i szkodliwy nawyk - przesuwam dolną szczękę w poziomie, by zetknąć dolną dwójkę z górną trójką i taką "konstrukcją" łapię i gryzę. Wniosek był mało optymistyczny - krzywulce przestały być tylko problemem estetycznym i zaczęły być zdrowotnym.
Umówiłam się z ortodontą i, chociaż szczęka przestała boleć po zmianie nawyków, głupio by było się wycofać. A kiedy dowiedziałam się, czym jest aparat Incognito, nie chciałam słyszeć o innym rozwiązaniu. To aparat przygotowany indywidualnie i montowany od wewnętrznej strony zębów. Wizja prostowania zębów bez pokazywania całemu światu metalowego rusztowania oczarowała mnie całkowicie. A w mojej ocenie w polskim Internecie wciąż mało jest opinii i wrażeń użytkowników o tym aparacie - dlatego postanowiłam założyć bloga, by podzielić się swoimi.
Jeszcze nie mam aparatu, ale jestem zdecydowana na 100%. W przyszłym tygodniu mam piaskowanie i wyciski, a później sześć tygodni czekania, aż Niemcy zmajstrują moją indywidualną, złotą, zębową zbroję. W miedzy czasie, w przyszłym poście, obiecuję "pochwalić się" zdjęciem moich niesfornych zębiszczy i opowiedzieć trochę ich historię.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
