27 września przyszła na świat moja córeczka:) W międzyczasie miałam jeszcze jedną wizytę u ortodonty, ale poświęcę jej osobny post. Dzisiaj, po jako takim dojściu do siebie i opanowaniu sytuacji w domu postanowiłam zrobić wpis, który podsumuje moje aparatowe doświadczenia w ciąży.
1. Jedzenie. Chyba mój ulubiony temat:) Tym razem
postaram się, żeby było zwięźle. Podczas pierwszych tygodni z aparatem
lista rzeczy, które można jeść jest dość mocno ograniczona. Podobnie
jest w pierwszych tygodniach ciąży, jeśli przyszłą mamę męczą mdłości (a
mnie męczyły, bo jak by inaczej). Zakładanie aparatu u mnie przesunęło
się przez jakieś problemy z dostawą - wielkim szczęściem w tym
nieszczęściu było to, że te dwa okresy u mnie się nie zazębiły. Aparat
miałam zakładany, jak najgorsze mdłości były już za mną. I powiem
szczerze, że nie wyobrażam sobie, co by się działo, gdybym miała go
trochę wcześniej. Ale i bez mdłości jedzenie było dla mnie najbardziej frustrującym aspektem bycia aparatką w ciąży.
2. Dziąsła - szybkość działania aparatu. Szukając aparat+ciąża można natrafić na informację, że dziąsła w ciąży są rozpulchnione i zęby mają szansę prostować się szybciej. Jak było u mnie? Oczywiście nie mam i nie będę mieć porównania, jak wyglądałyby postępy bez ciąży, ale nie wydaje mi się, by różnice były spektakularne. Moja orto nigdy nie sugerowała, by zmiany były szybsze niż spodziewane. Taki widocznie mój urok - nie wykluczam, że u kogoś innego ciążowe hormony mogą mieć większy wpływ na zęby.
3. Dziąsła - krwawienie. W tym aspekcie efekty ciąży były widoczne w całej krasie (a to farciara ze mnie;). Tak, jak już kiedyś pisałam, był czas, że moje dziąsła potrafiły krwawić same z siebie w różnych okolicznościach. Orto zrzucała całą winę na ciążę, ale ja wiem, że aparat i konieczność częstego i dokładnego czyszczenia zębów nie poprawiały sytuacji. Do dzisiaj mnie wzdryga, jak przypomnę sobie moją pierwszą wizytę aktywacyjną - tak wymęczonych dziąseł nie miałam chyba nigdy w życiu.
4. Wizyty u ortodonty. Obawiałam się, że wizyty u ortodonty będą obowiązkiem, na który, wraz z rosnącym brzuchem, będę mieć coraz mniej czasu i siły. Całe szczęście wizyty nie były zbyt częste, a ja w ciąży czułam się na tyle dobrze, by non stop gdzieś śmigać (poza końcówką), więc dotarcie do gabinetu ortodonty raz na parę tygodni nie było żadnym problemem.
5. Czas okołoporodowy. Pisałam już, że przed porodem trochę spuchłam i aparat niespodziewanie pokiereszował mi język i podniebienie. W okolicach terminu dodatkowo zaczęły boleć mnie wszystkie zęby. Taki stan utrzymywał się jeszcze przez parę dni po urodzinach małej. Podczas rekonwalescencji po cesarce to wszystko byłoby tylko drobną niedogodnością, gdyby nie jedna rzecz. W szpitalu, w którym rodziłam, jakieś mądre głowy wymyśliły, że jedynym jedzeniem dozwolonym na drugi dzień po cięciu są... sucharki:) Nie bardzo były warunki, siła i czas, by bawić się w jakieś rozmaczanie ich, a ja byłam bardzo głodna, więc pierwsze "posiłki" po cesarce były dość uciążliwe. Jakby pocięty brzuch sam w sobie nie był wystarczającą atrakcją bólową;P Całe szczęście ból zębów i opuchlizna dziąseł minęły po kilku dobach. Dodam w tym punkcie jeszcze, że w pierwszych dniach po cesarce trudno mi było zadbać o odpowiednią higienę jamy ustnej (ból, warunki w szpitalu), ale mam nadzieję, że nie spowodowało to żadnych problemów z moimi zębami.
Podsumowując - czy ciąża to dobry moment na zabawę z aparatem? Różnie bywało, ale z perspektywy czasu powiem, że zdecydowanie tak. Z zastrzeżeniem co do czasu, kiedy będzie on zakładany. Jeśli i ciąża i aparat są w planach, to jedna z tych rzeczy powinna poczekać parę miesięcy. Czyli aparat albo parę miesięcy przed zajściem w ciążę albo w drugim trymestrze. Byle nie później, bo trzeci trymestr, a później małe dziecko w domu, na pewno nie sprzyjają braniu na siebie kolejnych problemów. Teraz, gdy mała jest już na świecie, byłoby mi dużo trudniej zebrać się i podjąć taką decyzję. A tak? Młoda ma mamę z prawie prostymi zębami:)