Myślę, że dla wielu świeżo upieczonych "nosicieli" aparatu lingwalnego pierwszy dzień w pracy czy w szkole jest stresującym przeżyciem. W końcu wybraliśmy taki aparat po to, by nikt (lub prawie nikt) się o nim nie dowiedział!
Aby dać sobie czas na oswojenie się z aparatem, wzięłam wolne w poniedziałek, a wczoraj pracowałam z domu. Dzisiaj już jednak nie było wyjścia, musiałam być w pracy, do tego mieliśmy telekonferencję z klientem... Obawiałam się, czy inni usłyszą zmianę w mojej mowie, zastanawiałam się też, jak wypadnie mówienie po angielsku.
Czy inni coś słyszeli? Nie wiem:) Nikt o nic nie pytał, więc ja też nie mówiłam. Mi się ciągle wydaje, że moje s i c nie brzmi za dobrze (chociaż chyba minimalnie lepiej niż zaraz po założeniu). Jak już pisałam, mój narzeczony twierdzi, że jest ok, ale nie wierzę do końca w jego obiektywizm;) W pracy o aparacie wie tylko jedna osoba, ale nie miałam dzisiaj jak z nią porozmawiać - może jutro będzie okazja.
Jeśli chodzi o angielski, to mam mieszane odczucia. Sporo ludzi pisze, że jest łatwiej niż po polsku - może wynika to z tego, że można mówić trochę bardzie niedbale. Z drugiej strony ja miałam dzisiaj wrażenie, że w tym języku jest dużo więcej tego przeklętego s w czystej postaci. Nawet sprawdziłam to teraz i statystyki na Wiki mówią, że mam rację:)
Tak czy inaczej, po początkowych oporach rano, w ciągu dnia przełamałam się i mówiłam normalnie (czyli dużo:). Mam nadzieję, że moja mowa polepszy się z czasem, ale w ostateczności - tak też da się żyć.
Na koniec dodam tylko, że zęby są nadal tkliwe, więc jeszcze nie mogę gryźć, chociaż tu też sytuacja powoli ma się ku lepszemu. Jestem też naprawdę pozytywnie zaskoczona, że omijają mnie te makabryczne obtarcia języka, o których inni tyle piszą. Stosuję wosk tylko na dolnych siódemkach (i to też nie non stop), a język prawie jak nowy:). No cóż, może jest jakaś szansa na przetrwanie:)
środa, 16 marca 2016
niedziela, 13 marca 2016
Dzień 2 - jestem głodna!
Pierwsza doba z aparatem za mną. Jak było?
Na początek fotka górnego łuku. Niestety nie mam ani dobrego aparatu ani lusterka, więc wyszło, jak wyszło, ale dowód jest:)
Jeszcze wczoraj niemiła niespodzianka - dolny łuk wypadł mi z zamka na prawej, dolnej siódemce. Nie wiem, kiedy dokładnie to się stało, po prostu w pewnym momencie poczułam językiem luźną końcówkę druta. Trochę się zdenerwowałam. Wiem, że odpadające druty i zamki zdarzają się dość często, ale nie sądziłam, że spotka mnie to po kilku godzinach od założenia aparatu. Tym bardziej, że praktycznie w żaden sposób go wczoraj nie "męczyłam". Tak czy inaczej, jutro z samego rana muszę się dobijać do mojej ortodontki z moją pierwszą awarią.
Wieczorem język zaczął się zauważalnie obcierać o zamki na dolnych siódemkach, więc przed pójściem spać zakleiłam je woskiem ortodontycznym. Nie poszło mi to zbyt sprawnie i szybko, ale zgaduję, że wkrótce nabiorę wprawy. Czytałam różne historie o budzeniu się rano ze zmasakrowanym językiem, ale postanowiłam zaryzykować i na razie nie zaklejać pozostałych zamków. Decyzja chyba była dobra, bo rano język był praktycznie w porządku.
Trochę gorzej z samymi zębami. Same z siebie może nie bolą, ale przy dotyku, myciu nie jest komfortowo, momentami mam takie wrażenie, jakby mi wszystkie miały wypaść.
Zrobiłam w Internecie małe zakupy zębowe. Zamówiłam sobie zapas wosków (w tym świecący w ciemności - jak szaleć to szaleć, a co!) i ortodontyczne końcówki do mojej szczoteczki elektrycznej. Niedługo pewnie przekonam się, czego jeszcze potrzebuję.
No i oczywiście kontynuacja walki o niezagłodzenie siebie i dziecka. Przedtem praktycznie cały czas coś podjadałam - jabłko, orzechy, ogórek kiszony, batonik, kabanos...;( A teraz? O gryzieniu mogę zapomnieć, rano zjadłam trochę jajecznicy, ale przegrałam z kromką chleba bez skórki. Ogórka zastąpiłam zupą ogórkową (mam w ciąży klasyczną ochotę na kiszone), ale prawda jest taka, że cały czas jestem głodna i coraz bardziej załamana. Ciąża wiąże się z ograniczeniami, ale przynajmniej mogłam dobrze zjeść. A teraz?;(
Wczoraj u ortodonty zrobiłam sobie zdjęcie spodziewanego efektu leczenia, żeby w trudnych chwilach się motywować i dobrze przeczuwałam, że będzie potrzebne... Oto jak to ma wyglądać:
Więc jeśli nie padnę z głodu albo w rozpaczy nie wyrwę sobie tego nieszczęścia z ust kombinerkami, to za jakiś czas będę się chwalić czymś mniej więcej takim jak wyżej.
Na początek fotka górnego łuku. Niestety nie mam ani dobrego aparatu ani lusterka, więc wyszło, jak wyszło, ale dowód jest:)
Jeszcze wczoraj niemiła niespodzianka - dolny łuk wypadł mi z zamka na prawej, dolnej siódemce. Nie wiem, kiedy dokładnie to się stało, po prostu w pewnym momencie poczułam językiem luźną końcówkę druta. Trochę się zdenerwowałam. Wiem, że odpadające druty i zamki zdarzają się dość często, ale nie sądziłam, że spotka mnie to po kilku godzinach od założenia aparatu. Tym bardziej, że praktycznie w żaden sposób go wczoraj nie "męczyłam". Tak czy inaczej, jutro z samego rana muszę się dobijać do mojej ortodontki z moją pierwszą awarią.
Wieczorem język zaczął się zauważalnie obcierać o zamki na dolnych siódemkach, więc przed pójściem spać zakleiłam je woskiem ortodontycznym. Nie poszło mi to zbyt sprawnie i szybko, ale zgaduję, że wkrótce nabiorę wprawy. Czytałam różne historie o budzeniu się rano ze zmasakrowanym językiem, ale postanowiłam zaryzykować i na razie nie zaklejać pozostałych zamków. Decyzja chyba była dobra, bo rano język był praktycznie w porządku.
Trochę gorzej z samymi zębami. Same z siebie może nie bolą, ale przy dotyku, myciu nie jest komfortowo, momentami mam takie wrażenie, jakby mi wszystkie miały wypaść.
Zrobiłam w Internecie małe zakupy zębowe. Zamówiłam sobie zapas wosków (w tym świecący w ciemności - jak szaleć to szaleć, a co!) i ortodontyczne końcówki do mojej szczoteczki elektrycznej. Niedługo pewnie przekonam się, czego jeszcze potrzebuję.
No i oczywiście kontynuacja walki o niezagłodzenie siebie i dziecka. Przedtem praktycznie cały czas coś podjadałam - jabłko, orzechy, ogórek kiszony, batonik, kabanos...;( A teraz? O gryzieniu mogę zapomnieć, rano zjadłam trochę jajecznicy, ale przegrałam z kromką chleba bez skórki. Ogórka zastąpiłam zupą ogórkową (mam w ciąży klasyczną ochotę na kiszone), ale prawda jest taka, że cały czas jestem głodna i coraz bardziej załamana. Ciąża wiąże się z ograniczeniami, ale przynajmniej mogłam dobrze zjeść. A teraz?;(
Wczoraj u ortodonty zrobiłam sobie zdjęcie spodziewanego efektu leczenia, żeby w trudnych chwilach się motywować i dobrze przeczuwałam, że będzie potrzebne... Oto jak to ma wyglądać:
Więc jeśli nie padnę z głodu albo w rozpaczy nie wyrwę sobie tego nieszczęścia z ust kombinerkami, to za jakiś czas będę się chwalić czymś mniej więcej takim jak wyżej.
sobota, 12 marca 2016
Stało się! - czyli gęba pełna żelastwa
Walcząc z ciążowymi mdłościami, doczekałam się w końcu założenia aparatu. Termin przesunął się dwa dni, bo kurier nie dostarczył go na czas. Ale stało się, a ja jestem w końcu posiadaczką jednego z najdroższych narzędzi tortur, jakie mogę sobie wyobrazić.
Samo zakładanie aparatu przebiegło dość sprawnie. Zamki w tym aparacie są dostarczane w specjalnych szynach, które umożliwiają przyklejenie ich wszystkich naraz - raz, dwa i gotowe. Ze względu na to, że moje siódemki mają się dość mocno przesunąć i powinny być traktowane sporą siłą, ortodontka zdecydowała się na pierścienie na nich (co chyba jest dość rzadkie w Incognito). Pierścienie wyglądają jednak trochę inaczej niż te w tradycyjnych aparatach - są bardziej jak nakładki od góry, do tego nie stykają się z innymi zębami, więc nie powinny być mocno uciążliwe. W każdym razie jedynie pierścienie były montowane pojedynczo. W międzyczasie było trochę różnego klejenia, suszenia, naświetlania, i tak po półtorej godziny wymaszerowałam z kliniki z przerażeniem w oczach i jedną myślą - "Jak ja mam wytrzymać z tym cholerstwem wiele miesięcy?".
Pierwsza sprawa - oczywiście mówienie. Tutaj muszę szczerze przyznać, że nie jest tragicznie, ale mam trochę problemu z s, z i c. Mój narzeczony zapewnia mnie, że jest to prawie niesłyszalne, w moich uszach nie brzmi to już tak dobrze. Pozostaje ćwiczyć i mieć nadzieję, że za jakiś czas będzie lepiej (i że po drodze nie będzie gorzej!).
Kolejna rzecz - ból. Po przeczytaniu wielu opinii byłam przygotowana na najgorsze i to raczej bez tabletek przeciwbólowych, które w ciąży są niewskazane. W momencie pisania tych słów mam aparat około siedmiu godzin i póki co również nie jest najgorzej pod tym względem. Zęby są co prawda tkliwe i czuję, że działa na nie siła, ale nie ma mowy o jakimś wielkim bólu. Bardziej martwię się o swój język, który obciera się walcząc o odrobinę komfortu w otoczeniu dolnego łuku. Podejrzewam, że jeśli w ciągu kolejnych dni będę kwiczeć z bólu to właśnie przez niego, a nie same zęby.
I wreszcie chyba najgorsza rzecz - jedzenie. W ciągu dnia zjadłam zupę krem, wieczorem zdecydowałam się zmierzyć z pierwszym stałym posiłkiem w postaci mięciutkiej ryby i niestety nie jest łatwo. Bardziej niż ból przeszkadza mi to, że nie mogę jak dawniej zagryźć zębów, ciężko jest znaleźć miejsce, gdzie zęby stykałyby się i umożliwiały jakieś żucie. Nie zdawałam też sobie sprawy, że podczas jedzenia tak bardzo rusza się językiem w ustach - teraz wszędzie napotyka on to żelastwo:( Niech żyją zupy!
Dzisiaj nie mam już siły na zabawę w zdjęcia, ale na pewno zrobię to w przyszłych postach. Życie z aparatem wydaje się póki co bardzo uciążliwe i pocieszam się czytając wpisy na różnych blogach i forach, o tym, że to przejściowe, a efekt wynagradza cierpienia. Teraz już i tak nie ma odwrotu:)
Jedno pozytywne zaskoczenie dziś - o dziwo w tym ustrojstwie da się całować.:)
Samo zakładanie aparatu przebiegło dość sprawnie. Zamki w tym aparacie są dostarczane w specjalnych szynach, które umożliwiają przyklejenie ich wszystkich naraz - raz, dwa i gotowe. Ze względu na to, że moje siódemki mają się dość mocno przesunąć i powinny być traktowane sporą siłą, ortodontka zdecydowała się na pierścienie na nich (co chyba jest dość rzadkie w Incognito). Pierścienie wyglądają jednak trochę inaczej niż te w tradycyjnych aparatach - są bardziej jak nakładki od góry, do tego nie stykają się z innymi zębami, więc nie powinny być mocno uciążliwe. W każdym razie jedynie pierścienie były montowane pojedynczo. W międzyczasie było trochę różnego klejenia, suszenia, naświetlania, i tak po półtorej godziny wymaszerowałam z kliniki z przerażeniem w oczach i jedną myślą - "Jak ja mam wytrzymać z tym cholerstwem wiele miesięcy?".
Pierwsza sprawa - oczywiście mówienie. Tutaj muszę szczerze przyznać, że nie jest tragicznie, ale mam trochę problemu z s, z i c. Mój narzeczony zapewnia mnie, że jest to prawie niesłyszalne, w moich uszach nie brzmi to już tak dobrze. Pozostaje ćwiczyć i mieć nadzieję, że za jakiś czas będzie lepiej (i że po drodze nie będzie gorzej!).
Kolejna rzecz - ból. Po przeczytaniu wielu opinii byłam przygotowana na najgorsze i to raczej bez tabletek przeciwbólowych, które w ciąży są niewskazane. W momencie pisania tych słów mam aparat około siedmiu godzin i póki co również nie jest najgorzej pod tym względem. Zęby są co prawda tkliwe i czuję, że działa na nie siła, ale nie ma mowy o jakimś wielkim bólu. Bardziej martwię się o swój język, który obciera się walcząc o odrobinę komfortu w otoczeniu dolnego łuku. Podejrzewam, że jeśli w ciągu kolejnych dni będę kwiczeć z bólu to właśnie przez niego, a nie same zęby.
I wreszcie chyba najgorsza rzecz - jedzenie. W ciągu dnia zjadłam zupę krem, wieczorem zdecydowałam się zmierzyć z pierwszym stałym posiłkiem w postaci mięciutkiej ryby i niestety nie jest łatwo. Bardziej niż ból przeszkadza mi to, że nie mogę jak dawniej zagryźć zębów, ciężko jest znaleźć miejsce, gdzie zęby stykałyby się i umożliwiały jakieś żucie. Nie zdawałam też sobie sprawy, że podczas jedzenia tak bardzo rusza się językiem w ustach - teraz wszędzie napotyka on to żelastwo:( Niech żyją zupy!
Dzisiaj nie mam już siły na zabawę w zdjęcia, ale na pewno zrobię to w przyszłych postach. Życie z aparatem wydaje się póki co bardzo uciążliwe i pocieszam się czytając wpisy na różnych blogach i forach, o tym, że to przejściowe, a efekt wynagradza cierpienia. Teraz już i tak nie ma odwrotu:)
Jedno pozytywne zaskoczenie dziś - o dziwo w tym ustrojstwie da się całować.:)
Subskrybuj:
Posty (Atom)

