sobota, 12 marca 2016

Stało się! - czyli gęba pełna żelastwa

Walcząc z ciążowymi mdłościami, doczekałam się w końcu założenia aparatu. Termin przesunął się dwa dni, bo kurier nie dostarczył go na czas. Ale stało się, a ja jestem w końcu posiadaczką jednego z najdroższych narzędzi tortur, jakie mogę sobie wyobrazić.

Samo zakładanie aparatu przebiegło dość sprawnie. Zamki w tym aparacie są dostarczane w specjalnych szynach, które umożliwiają przyklejenie ich wszystkich naraz - raz, dwa i gotowe. Ze względu na to, że moje siódemki mają się dość mocno przesunąć i powinny być traktowane sporą siłą, ortodontka zdecydowała się na pierścienie na nich (co chyba jest dość rzadkie w Incognito). Pierścienie wyglądają jednak trochę inaczej niż te w tradycyjnych aparatach - są bardziej jak nakładki od góry, do tego nie stykają się z innymi zębami, więc nie powinny być mocno uciążliwe. W każdym razie jedynie pierścienie były montowane pojedynczo. W międzyczasie było trochę różnego klejenia, suszenia, naświetlania, i tak po półtorej godziny wymaszerowałam z kliniki z przerażeniem w oczach i jedną myślą - "Jak ja mam wytrzymać z tym cholerstwem wiele miesięcy?".

Pierwsza sprawa - oczywiście mówienie. Tutaj muszę szczerze przyznać, że nie jest tragicznie, ale mam trochę problemu z s, z i c. Mój narzeczony zapewnia mnie, że jest to prawie niesłyszalne, w moich uszach nie brzmi to już tak dobrze. Pozostaje ćwiczyć i mieć nadzieję, że za jakiś czas będzie lepiej (i że po drodze nie będzie gorzej!).

Kolejna rzecz - ból. Po przeczytaniu wielu opinii byłam przygotowana na najgorsze i to raczej bez tabletek przeciwbólowych, które w ciąży są niewskazane. W momencie pisania tych słów mam aparat około siedmiu godzin i póki co również nie jest najgorzej pod tym względem. Zęby są co prawda tkliwe i czuję, że działa na nie siła, ale nie ma mowy o jakimś wielkim bólu. Bardziej martwię się o swój język, który obciera się walcząc o odrobinę komfortu w otoczeniu dolnego łuku. Podejrzewam, że jeśli w ciągu kolejnych dni będę kwiczeć z bólu to właśnie przez niego, a nie same zęby.

I wreszcie chyba najgorsza rzecz - jedzenie. W ciągu dnia zjadłam zupę krem, wieczorem zdecydowałam się zmierzyć z pierwszym stałym posiłkiem w postaci mięciutkiej ryby i niestety nie jest łatwo. Bardziej niż ból przeszkadza mi to, że nie mogę jak dawniej zagryźć zębów, ciężko jest znaleźć miejsce, gdzie zęby stykałyby się i umożliwiały jakieś żucie. Nie zdawałam też sobie sprawy, że podczas jedzenia tak bardzo rusza się językiem w ustach - teraz wszędzie napotyka on to żelastwo:( Niech żyją zupy!

Dzisiaj nie mam już siły na zabawę w zdjęcia, ale na pewno zrobię to w przyszłych postach. Życie z aparatem wydaje się póki co bardzo uciążliwe i pocieszam się czytając wpisy na różnych blogach i forach, o tym, że to przejściowe, a efekt wynagradza cierpienia. Teraz już i tak nie ma odwrotu:)

Jedno pozytywne zaskoczenie dziś - o dziwo w tym ustrojstwie da się całować.:)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz