Dzisiaj rano zaliczyłam ostatni etap przygotowań do aparatu czyli pobranie wycisków u ortodonty. Całość była dla mnie trochę nieprzyjemna ze względu na ciągle gojącą się ranę po wyrwaniu szóstki, ale dało się przeżyć, a ja nie chciałam przekładać wizyty i opóźniać założenia aparatu.
Robienie wycisków do Incognito różni się trochę od pobierania zwykłych (przynajmniej takich, które ja znam) i odbywa się dwuetapowo. Najpierw zagryzłam zęby na niebieskiej masie pokrytej cienką folią. Później utworzony w ten sposób "rowek" został wypełniony inną masą - żółtą - a całość jeszcze raz w zęby (już bez folii). Masy zastygają trochę dłużej niż tradycyjne, ale gotowe formy bardzo dobrze odzwierciedlają najdrobniejsze szczegóły w kształcie zębów - asystentka ortodontki wręcz zachwycała się dokładnością wycisków.
Całość zajęła około 45 minut, dolną szczękę niestety musiałam robić dwa razy, po za pierwszym nie złapało całkowicie jednej z siódemek. A szkoda ryzykować, że Niemcom nie spodobają się wyciski i każą robić nowe.
Znam już ostateczny termin założenia aparatu - jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to zostanę "zadrutowana" 10 marca (niestety, nie dało się wcześniej). Widoczne efekty w poskramianiu jedynek-łopat ortodontka obiecała już w okolicach maja. Z jednej strony już nie mogę się doczekać, z drugiej trochę przeraża mnie to, że nie ma już odwrotu - są momenty, że życie przez 2-3 lata z tą kupą żelastwa w ustach wydaje mi się straszną katorgą. Ale wtedy myślę, że przecież tyle osób przez to przeszło i prawie nikt tego nie żałuje, że ja żałowałabym gdybym tego nie zrobiła. Zatem zostało teraz uzbroić się w cierpliwość:)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz