niedziela, 10 kwietnia 2016

Jeszcze o (nie)jedzeniu

Naprawdę lubię jeść.

Nie objadać się, ale jeść różne rzeczy. Aromatyczne, dobrze przyprawione, soczyste.. I uświadamiam sobie to bardzo boleśnie dopiero teraz, kiedy mija prawie miesiąc od założenia mojego aparatu.

Wśród zakazów i ograniczeń ciążowych, jedzenie było dla mnie jedną z niewielu przyjemności, które zostały i którym mogłam się oddawać bez większych restrykcji. Teraz stało się przykrą, bolesną koniecznością. Wybierając jedzenie już nie myślę "Na co mam ochotę?" albo "Co będzie najzdrowsze dla mnie i dziecka?". Teraz jest "Co, do cholery, będę w stanie pogryźć?". Nie poddawałam się, próbowałam różnych rzeczy i różnych konfiguracji do gryzienia, ale z marnym skutkiem. "Chrzanić to, zjem tego burgera" - skończyło się tym, że mało się nad nieszczęsną bułą nie popłakałam.

Do rzeczy - powierzchni nadającej się do gryzienia jest w moich ustach nadal bardzo niewiele. Do tego co chwila boli mnie inny ząb. Nie wiem, czy tak powinno być. To dolna dwójka zrobi się tak tkliwa, że ledwo jestem w stanie ją chociażby umyć szczoteczką. Minie parę dni i dwójka się trochę uspokoi, to znów górna piątka zacznie tak boleć, że mam wrażenie, że wypadnie przy mocniejszym nacisku. I tak w kółko. Nie miałam jeszcze pierwszej wizyty kontrolnej, nikt mi tam niczego nie dokręcał, więc na logikę po czterech tygodniach już nie powinno tak boleć. A boli. Wizytę u ortodontki mam za półtorej tygodnia, mam nadzieję, że dowiem się czegoś. A jeśli ból nie minie to raczej nie dam tam sobie niczego wymienić ani podkręcić.

Czy żałuję założenia aparatu? W porze obiadowej na pewno. Nie wierzcie ortodontom bezgranicznie w opowieści o tym, jak to aparat nie utrudnia życia. Rezultatów noszenia aparatu póki co nie widzę. Jedzenie boli, mycie zębów boli, a myśl, że to ma trwać sprawia, że mam ochotę pozbyć się tego aparatu w cholerę. A potem zjeść burgera. I zagryźć ogórkiem kiszonym.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz